Ten tekst będzie trochę inny niż wcześniejsze artykuły publikowane na Lunarii. Powstaje w momencie, w którym dyskusja o regulacji zawodu psychoterapeuty ponownie wywołuje sporo emocji, a wraz z nimi pytania o wykształcenie, kompetencje, dostęp do zawodu, autonomię psychoterapii oraz jej relację z psychologią i medycyną. Są to pytania zawodowe i prawne, ale dla mnie mają również wymiar bardzo osobisty. Dotyczą przecież tego, czym zajmuję się od lat i w jaki sposób sama dochodziłam do miejsca, w którym jestem dzisiaj.

Dlatego tym razem chcę pozwolić sobie na tekst bardziej osobisty. Nie zamierzam udawać, że obserwuję ten spór z bezpiecznej odległości. Jestem psychologiem. Ukończyłam pięcioletnie jednolite studia magisterskie z psychologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, później całościowe, czteroletnie szkolenie z psychoterapii, a w kolejnych latach również studia podyplomowe i inne formy kształcenia. Od około dziesięciu lat pracuję w zawodzie. W tym czasie moje miejsca pracy i role zawodowe zmieniały się. Pracowałam w różnych instytucjach, odbywałam staże w szpitalach, spotykałam pacjentów w bardzo różnych momentach ich życia i w bardzo różnych okolicznościach. Każde z tych miejsc zostawiło we mnie coś, co później wchodziło ze mną do gabinetu.

Piszę o tym na początku z konkretnego powodu. W sporze o regulację psychoterapii biografie zawodowe mają znaczenie. Wpływają na sposób rozumienia kompetencji, na przywiązanie do określonych standardów i na to, co uznajemy za konieczne przygotowanie do pracy z drugim człowiekiem. Moja własna droga również wpływa na moje stanowisko. Byłoby dość naiwne sądzić, że mogę ją na kilka godzin odłożyć na bok i spojrzeć na cały problem z pozycji całkowicie neutralnego obserwatora.

Studia psychologiczne były dużym kawałkiem mojego życia. Minęło od nich sporo czasu, a mimo to bardzo dobrze pamiętam poczucie dumy związane z tym, gdzie studiuję. Pamiętam też ludzi, od których się uczyłam. Część z nich do dziś pozostaje dla mnie ważnymi postaciami polskiej psychologii i osobami, których dorobek darzę ogromnym szacunkiem. Uniwersytet nie dał mi oczywiście gotowej odpowiedzi na każdą sytuację, którą później spotkałam w gabinecie. Dał mi jednak język, podstawy metodologiczne, wiedzę o rozwoju człowieka, psychopatologii, diagnozie, procesach poznawczych, emocjach, osobowości i relacjach. Dał też coś trudniejszego do wpisania do programu studiów: pewien sposób myślenia o odpowiedzialności związanej z zawodem.

Było w tym również poszanowanie dla samej dyscypliny. Świadomość, że psychologia ma swoją historię, metodologię, ograniczenia i standardy wnioskowania. Że intuicja kliniczna bywa cenna, ale nie może być jedynym źródłem wiedzy o człowieku. Że atrakcyjnie brzmiąca koncepcja nadal wymaga krytycznego namysłu. Że pracując z czyimś cierpieniem, łatwo pomylić własne przekonanie o słuszności z rzeczywistą wiedzą.

Później przyszła psychoterapia.

Czteroletnie szkolenie było kolejnym etapem i kolejnym rodzajem edukacji. Inaczej zorganizowanym, znacznie mocniej związanym z relacją terapeutyczną, procesem leczenia, rozumieniem tego, co wydarza się pomiędzy pacjentem a terapeutą. Do tego dochodziły praktyki, własne doświadczenia, superwizja, kontakt z pacjentami i stopniowe odkrywanie, że wiedzieć coś o człowieku i potrafić z nim pracować to dwie różne kompetencje, które dopiero w praktyce zaczynają się ze sobą spotykać.

Nigdy jednak nie miałam poczucia, że wraz z rozpoczęciem szkolenia psychoterapeutycznego powinnam zostawić psychologię za drzwiami. Przeciwnie. Z czasem coraz wyraźniej widziałam, ile z wcześniejszego wykształcenia zabieram ze sobą do gabinetu. Czasami jest to konkretna wiedza. Czasami sposób stawiania hipotez. Innym razem większa ostrożność w interpretowaniu zachowania pacjenta albo świadomość, że podobny objaw może mieć bardzo różne źródła. Psychoterapia dołożyła do tego własny język, własną metodę pracy i znacznie głębsze doświadczenie relacji terapeutycznej.

Trudno mi więc przyjąć, że moje wykształcenie psychologiczne było wyłącznie etapem poprzedzającym właściwą drogę zawodową albo jednym z wielu równoważnych punktów wejścia, który po rozpoczęciu szkolenia psychoterapeutycznego przestaje mieć większe znaczenie. W moim przypadku miał znaczenie ogromne. Ukształtował mój sposób myślenia, stosunek do odpowiedzialności zawodowej i sposób rozumienia człowieka. Wpłynął również na mnie poza gabinetem. Pięć lat spędzonych na uniwersytecie w okresie wczesnej dorosłości zwyczajnie człowieka formuje. Byłoby dziwne twierdzić po latach, że można tę część własnej historii zawodowej od siebie oddzielić.

I właśnie tutaj pojawia się mój problem z własną bezstronnością.

Mam naturalną skłonność do przypisywania dużej wartości drodze, którą sama przeszłam. Znam ją od środka. Wiem, ile ode mnie wymagała i wiem, co mi dała. Mogę więc łatwiej dostrzegać jej zalety niż ograniczenia. Mogę też zbyt szybko uznać pewne elementy mojego przygotowania za uniwersalnie konieczne tylko dlatego, że okazały się ważne dla mnie. Świadomość tego mechanizmu nie usuwa go automatycznie. Pozwala jedynie uczciwiej zaznaczyć miejsce, z którego mówię.

Jednocześnie przez lata pracy spotkałam psychoterapeutów, którzy przyszli do tego zawodu innymi drogami. Niektórzy nie byli psychologami, a wykonywali swoją pracę znakomicie. Mieli wiedzę, doświadczenie, dojrzałość kliniczną i sposób obecności przy pacjencie, którego nie da się sprowadzić do nazwy kierunku ukończonych studiów. Trudno byłoby mi zaprzeczyć temu doświadczeniu tylko dlatego, że nie pasuje idealnie do mojego wyobrażenia o optymalnej ścieżce kształcenia.

To komplikuje sprawę i dobrze, że komplikuje.

Regulacja zawodu nie powinna powstawać wyłącznie na podstawie indywidualnych historii osób, które już ten zawód wykonują. Jednocześnie za każdą propozycją regulacji stoi jakieś rozumienie tego, czym psychoterapia właściwie jest. Czy jest całkowicie autonomicznym zawodem, do którego prowadzić może wiele wcześniejszych ścieżek edukacyjnych? Czy należy ją silniej osadzić wśród zawodów zajmujących się zdrowiem psychicznym? Jakiego rodzaju wiedza powinna poprzedzać szkolenie psychoterapeutyczne? Jak szeroki powinien być katalog kierunków bazowych? Jak potraktować osoby, które od wielu lat pracują dobrze, odpowiedzialnie i skutecznie, choć ich pierwotne wykształcenie różni się od modelu, który być może chcielibyśmy stworzyć na przyszłość?

W tych pytaniach bardzo łatwo pomieszać kilka różnych porządków. Interes pacjentów, interes poszczególnych grup zawodowych, historię szkół psychoterapeutycznych, tradycję poszczególnych nurtów, dostępność świadczeń, prestiż zawodowy i zwykłą potrzebę ochrony własnego miejsca na rynku. Każdy z tych elementów może pojawiać się w debacie, choć nie każdy powinien mieć w niej taką samą wagę.

Sama jestem przywiązana do myślenia o psychoterapii w silnym związku z psychologią i szerzej rozumianą wiedzą kliniczną. Widzę sens w dyskusji o modelu, w którym psychoterapia byłaby traktowana w pewnym zakresie podobnie do specjalizacji wymagającej wcześniej określonego przygotowania bazowego. Jednocześnie wiem, że jedno zdanie nie wystarczy, aby uczciwie rozstrzygnąć, jakie zawody miałyby tworzyć tę grupę, jakie kompetencje należałoby uznać za równoważne i jak zabezpieczyć prawa osób, które od lat wykonują psychoterapię na wysokim poziomie.

Mam również opór wobec sytuacji, w której o przyszłym kształcie zawodu decydowałyby przede wszystkim interesy poszczególnych środowisk szkoleniowych. Szkoły psychoterapii odegrały i nadal odgrywają ogromną rolę w kształceniu terapeutów. Sama jestem absolwentką jednej z nich i dużą część swoich kompetencji zawdzięczam właśnie takiemu szkoleniu. Regulacja zawodu ma jednak konsekwencje wykraczające daleko poza interes instytucji szkolących. Dotyczy ludzi, którzy powierzają terapeucie depresję, traumę, zaburzenia osobowości, doświadczenie przemocy, kryzys psychiczny, czasem własne bezpieczeństwo i życie.

Dlatego tak mocno wraca do mnie pytanie zawarte w tytule tego tekstu: komu właściwie powierzamy leczenie ludzkiej psychiki?

To pytanie brzmi prosto tylko przez chwilę. Za moment pojawiają się następne. Jakiej wiedzy mamy prawo wymagać od tej osoby? Ile lat powinna się uczyć? Czego właściwie powinna się uczyć? Jak dużo miejsca w jej przygotowaniu powinny zajmować psychopatologia, diagnoza, rozwój człowieka, metodologia i wiedza o zdrowiu psychicznym? Jaką rolę powinny mieć praktyki kliniczne i superwizja? Czy sam dyplom określonego kierunku daje wystarczającą gwarancję kompetencji? Oczywiście nie daje. Czy z tego wynika, że kierunek bazowy nie ma znaczenia? Tego wniosku również nie potrafię przyjąć.

Prawdopodobnie właśnie pomiędzy tymi pytaniami znajduje się najciekawsza część całej dyskusji.

W kolejnych częściach tego artykułu chciałabym więc przyjrzeć się proponowanym regulacjom, argumentom różnych środowisk i modelom kształcenia psychoterapeutów. Chcę również zastanowić się nad miejscem psychologii w przygotowaniu do prowadzenia psychoterapii oraz nad tym, które kompetencje rzeczywiście powinny być chronione przez prawo.

Będę przy tym pamiętać o własnym punkcie widzenia. O pięciu latach psychologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, o czterech latach szkoły psychoterapii, kolejnych studiach, praktykach, stażach, instytucjach i dziesięciu latach pracy. Nie potrafię wymazać tej drogi ze swojego sposobu myślenia i chyba nawet nie powinnam próbować. Mogę natomiast sprawdzić, gdzie kończy się moje osobiste doświadczenie, a zaczynają argumenty, które można obronić niezależnie od własnego życiorysu.

Bo ostatecznie ustawa pozostanie na lata. A po drugiej stronie wszystkich definicji, przepisów, certyfikatów i sporów środowiskowych będzie siedział człowiek, który przyszedł do gabinetu i zakłada, że osoba naprzeciwko jest przygotowana do tego, aby się nim zajmować.

Psychoterapia jako odrębny zawód czy kolejny etap kształcenia psychologa?

Jedno z najtrudniejszych pytań w dyskusji o regulacji psychoterapii dotyczy jej miejsca pośród innych zawodów zajmujących się zdrowiem psychicznym. Czy psychoterapeuta powinien być przedstawicielem odrębnego zawodu, do którego można dojść z różnych kierunków studiów, czy też psychoterapia powinna być traktowana jako dalsza, wyspecjalizowana ścieżka kształcenia po psychologii, podobnie jak psychiatria jest specjalizacją lekarską poprzedzoną ukończeniem medycyny?

To porównanie z psychiatrią pojawia się dość naturalnie. Nikt nie rozpoczyna kształcenia psychiatrycznego bez wcześniejszego wykształcenia medycznego. Psychiatra pozostaje lekarzem, który następnie uzyskuje szczególne kompetencje dotyczące diagnostyki i leczenia zaburzeń psychicznych. Można więc zapytać, dlaczego w przypadku psychoterapii miałoby być inaczej. Jeśli psychoterapia dotyczy psychiki człowieka, zaburzeń emocjonalnych, osobowości, traumy, relacji, procesów rozwojowych i psychopatologii, psychologia wydaje się najbardziej oczywistą dyscypliną bazową.

Taki model ma kilka mocnych argumentów.

Przede wszystkim pięcioletnie studia psychologiczne zapewniają bardzo szerokie przygotowanie teoretyczne, które wykracza poza samą technikę prowadzenia terapii. Psycholog poznaje podstawy psychologii rozwojowej, społecznej, poznawczej, biologicznych mechanizmów zachowania, psychometrii, metodologii badań, diagnozy psychologicznej i psychopatologii. Oczywiście programy uczelni różnią się jakością, a sam dyplom nie gwarantuje wysokich kompetencji klinicznych. Daje jednak wspólny fundament.

Ma to znaczenie także dlatego, że człowiek trafiający do psychoterapeuty rzadko mieści się idealnie w granicach jednej teorii psychoterapeutycznej. Objaw może mieć różne znaczenie i różne źródła. Trudności w koncentracji mogą wynikać z depresji, ADHD, traumy, bezsenności, uzależnienia, choroby somatycznej albo sytuacji życiowej. Wycofanie społeczne może mieć związek z lękiem, spektrum autyzmu, zaburzeniami osobowości, procesem psychotycznym czy reakcją na doświadczenie przemocy. Psychoterapeuta nie musi być specjalistą we wszystkich tych dziedzinach, ale powinien umieć zauważyć, że sposób rozumienia problemu, który pojawił się na początku terapii, może być niewystarczający.

Właśnie tutaj wykształcenie psychologiczne wydaje mi się szczególnie cenne. Uczy ono przynajmniej podstaw różnicowania hipotez i krytycznego myślenia o własnych interpretacjach. Dobrze prowadzona psychoterapia wymaga przecież czegoś więcej niż biegłości w jednej metodzie czy jednym nurcie.

Argument za psychologią jako wykształceniem bazowym dotyczy również diagnozy. W praktyce terapeutycznej granica pomiędzy rozumieniem psychologicznym a diagnozą bywa bardzo cienka. Terapeuta nieustannie formułuje hipotezy dotyczące funkcjonowania człowieka. Ocenia organizację osobowości, mechanizmy obronne, zdolność do mentalizacji, funkcjonowanie poznawcze, sposób regulowania emocji, relacje, czynniki rozwojowe, poziom ryzyka.

Można oczywiście powiedzieć, że szkolenie psychoterapeutyczne również tego uczy. I rzeczywiście powinno. Pojawia się jednak pytanie, czy kilkuletnie szkolenie specjalistyczne ma równocześnie zastępować dużą część wcześniejszej edukacji psychologicznej, czy raczej rozwijać kompetencje zbudowane już na określonym fundamencie.

Podobny argument dotyczy metodologii naukowej. Psychoterapia pozostaje obszarem, w którym funkcjonuje wiele szkół, koncepcji i języków teoretycznych. Część z nich znajduje mocniejsze potwierdzenie empiryczne, część słabsze, niektóre zaś opierają się bardziej na tradycji określonego nurtu. Umiejętność odróżniania teorii od dowodu, krytycznej oceny badań, rozumienia korelacji, przyczynowości, trafności czy ograniczeń narzędzi diagnostycznych jest więc przydatna również w gabinecie.

Z perspektywy pacjenta taki model miałby jeszcze jedną zaletę: byłby stosunkowo czytelny. Psycholog kończyłby pięcioletnie studia, następnie odbywał kilkuletnie kształcenie psychoterapeutyczne, praktyki, superwizję i spełniał dalsze warunki uzyskania specjalizacji. Ścieżka zawodowa byłaby łatwa do opisania i podobna do rozwiązań obecnych w innych profesjach.

Na tym jednak argumentacja za tym modelem nie może się zakończyć, ponieważ pojawiają się wobec niego bardzo poważne zastrzeżenia.

Pierwszym jest proste doświadczenie rzeczywistości. Psychoterapię od wielu lat prowadzą osoby po innych kierunkach studiów i część z nich jest bardzo dobrymi terapeutami. Są wśród nich lekarze, pedagodzy, przedstawiciele zawodów związanych z pomocą społeczną czy innymi dziedzinami pracy z człowiekiem. Nie sposób uczciwie stwierdzić, że brak magisterium z psychologii automatycznie czyni ich mniej zdolnymi do prowadzenia terapii.

Wysokiej jakości psychoterapia wymaga kompetencji, których same studia psychologiczne również nie zapewniają. Obejmuje zdolność budowania przymierza terapeutycznego, rozumienie procesu zachodzącego w relacji, umiejętność tolerowania silnych emocji, pracę z przeniesieniem i przeciwprzeniesieniem w tych nurtach, w których pojęcia te są używane, rozpoznawanie granic własnych możliwości, korzystanie z superwizji oraz własną dojrzałość psychologiczną. Można ukończyć psychologię i żadnej z tych kompetencji nie mieć.

Drugi problem dotyczy samego charakteru psychoterapii. Zwolennicy jej odrębności wskazują, że psychoterapia wypracowała własne modele szkolenia, standardy i sposoby oceny kompetencji, a jej historia nie jest po prostu odgałęzieniem akademickiej psychologii. Niektóre nurty powstawały wręcz poza nią. Psychoanaliza wyrosła z medycyny, później rozwijała się również w innych środowiskach. Tradycje systemowe, humanistyczne czy egzystencjalne także nie mieszczą się łatwo w formule jednej akademickiej dyscypliny.

Z tego punktu widzenia wymaganie wcześniejszego dyplomu psychologii mogłoby wyglądać jak podporządkowanie całej psychoterapii jednej grupie zawodowej, mimo że jej historia i obecna praktyka są znacznie bardziej złożone.

Istnieje też argument bardzo praktyczny. Zamknięcie zawodu wyłącznie dla absolwentów psychologii mogłoby wykluczyć osoby, które przez wiele lat zdobywały kompetencje psychoterapeutyczne według standardów obowiązujących w ich środowisku. Oczywiście ustawodawca może stworzyć przepisy przejściowe chroniące prawa nabyte, ale pozostaje pytanie o model docelowy. Czy naprawdę mamy wystarczające podstawy, aby uznać, że każdy przyszły psychoterapeuta powinien najpierw przez pięć lat studiować psychologię?

To pytanie robi się jeszcze ciekawsze, gdy przyjrzymy się psychiatrom. Gdyby przyjąć bardzo sztywną zasadę, że psychoterapeutą może być wyłącznie psycholog, lekarz psychiatra musiałby ukończyć kolejne pięcioletnie studia psychologiczne, zanim rozpocząłby szkolenie terapeutyczne. Byłoby to rozwiązanie trudne do uzasadnienia. Psychiatra ma przecież gruntowne przygotowanie medyczne i specjalistyczną wiedzę dotyczącą zaburzeń psychicznych. Jego kompetencje bazowe są inne niż kompetencje psychologa, lecz trudno uznać je za niewystarczające do rozpoczęcia dalszego szkolenia psychoterapeutycznego.

To pokazuje, że sama analogia z medycyną ma swoje ograniczenia.

Być może więc pytanie zostało postawione zbyt wąsko. Możliwe są rozwiązania pośrednie. Psychoterapia mogłaby pozostać odrębnym zawodem, ale dostęp do szkolenia wymagałby określonego katalogu kierunków bazowych związanych ze zdrowiem psychicznym albo wykazania konkretnych kompetencji przed rozpoczęciem kształcenia. Inną możliwością byłoby wyodrębnienie kilku ścieżek wejścia i obowiązkowego uzupełniania brakujących obszarów wiedzy.

Psycholog musiałby zdobyć szerokie kompetencje stricte psychoterapeutyczne. Lekarz mógłby potrzebować dodatkowego przygotowania z psychologii rozwojowej, teorii osobowości czy metodologii psychologicznej. Osoba po innym kierunku musiałaby uzupełnić większy zakres wiedzy z psychopatologii, diagnozy, psychologii klinicznej i rozwoju człowieka.

Taki model byłby mniej elegancki administracyjnie, ale być może lepiej odpowiadałby rzeczywistemu charakterowi psychoterapii.

Sama skłaniam się ku przekonaniu, że psychoterapia wymaga mocnego wykształcenia bazowego i że psychologia jest tutaj naturalnym punktem odniesienia. Trudno mi wyobrazić sobie dobre przygotowanie do leczenia zaburzeń psychicznych bez gruntownej wiedzy o człowieku, jego rozwoju, osobowości, funkcjonowaniu poznawczym i emocjonalnym oraz podstaw diagnozy i psychopatologii.

Mam jednak problem z twierdzeniem, że jedyną drogą do uzyskania takiego przygotowania musi być dokładnie ta sama droga, którą sama przeszłam.

To rozróżnienie wydaje mi się bardzo ważne. Można uważać psychologię za szczególnie wartościową podstawę psychoterapii, nie uznając jednocześnie każdego psychoterapeuty bez dyplomu psychologa za osobę gorzej przygotowaną. Można również postulować znacznie wyższe wymagania dotyczące wiedzy bazowej bez zamykania zawodu przed ludźmi, którzy zdobyli ją inną drogą.

Obecny polski spór rzeczywiście zmierza właśnie wokół podobnych pytań. Procedowany w Sejmie projekt zakłada regulację psychoterapeuty jako odrębnego zawodu zaufania publicznego, wraz z własnym rejestrem, samorządem i zasadami uzyskiwania prawa do wykonywania zawodu. Projekt pozostaje w pracach Komisji Zdrowia.  Jednocześnie w 2026 roku do Ministerstwa Zdrowia trafiła petycja postulująca ograniczenie psychoterapii do osób z wykształceniem psychologicznym, co dobrze pokazuje, że nie jest to wyłącznie teoretyczny spór o nazewnictwo. 

Co ciekawe, nowa ustawa o zawodzie psychologa nie rozstrzygnęła tej kwestii. Psychoterapia została w niej potraktowana jako jedna z czynności, które może wykonywać psycholog posiadający odpowiednie dodatkowe uprawnienia, ale równolegle trwają prace nad odrębnym uregulowaniem zawodu psychoterapeuty. Ministerstwo wprost wskazuje, że osoby niebędące psychologami mogą prowadzić psychoterapię, jeżeli posiadają wymagane uprawnienia. 

Dlatego dla mnie najważniejsze pytanie brzmi dzisiaj trochę inaczej: jakie przygotowanie bazowe powinien mieć człowiek, zanim zaczniemy uczyć go psychoterapii?

Dopiero odpowiedź na nie pozwala sensownie zastanawiać się nad tym, jak nazwać zawód i gdzie umieścić go w systemie.

Kiedy argument o jakości studiów staje się argumentem pozornym

W dyskusji o tym, kto powinien mieć dostęp do zawodu psychoterapeuty, dość często pojawia się argument, że współcześnie dyplom psychologa nie daje już szczególnej gwarancji jakości, ponieważ psychologię można studiować na bardzo różnych uczelniach, o bardzo różnym poziomie, a czasem również w formach, które budzą uzasadnione pytania o rzetelność kształcenia. Padają przykłady szkół, w których ścieżka do uzyskania określonych kwalifikacji wydaje się bardzo skrócona albo skonstruowana tak, że trudno porównywać ją z klasycznymi pięcioletnimi studiami psychologicznymi.

Sam ten problem jest realny. Jakość kształcenia akademickiego rzeczywiście nie jest jednolita. Dotyczy to psychologii, ale przecież także wielu innych kierunków. Są uczelnie o wysokich standardach dydaktycznych i naukowych, są przeciętne, są też takie, których oferta może budzić wątpliwości. Nie widzę sensu temu zaprzeczać.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy z faktu istnienia słabszych uczelni wyprowadza się wniosek, że wykształcenie psychologiczne jako takie przestaje mieć znaczenie.

To jest już zupełnie inny rodzaj argumentacji.

Można przecież równie dobrze powiedzieć, że skoro istnieją słabi lekarze, to studia medyczne nie są istotnym warunkiem wykonywania zawodu lekarza. Albo że skoro istnieją przeciętni prawnicy, to wykształcenie prawnicze nie ma większego znaczenia dla jakości wykonywania zawodu. Taki sposób rozumowania jest atrakcyjny retorycznie, ponieważ wykorzystuje prawdziwy wyjątek lub prawdziwą słabość systemu, ale nadaje mu znaczenie znacznie szersze niż to, które rzeczywiście z niego wynika.

Istnienie złych programów studiów nie jest argumentem przeciwko potrzebie wykształcenia bazowego. Jest argumentem za lepszym określeniem standardów tego wykształcenia.

Jeżeli rzeczywiście istnieją ścieżki, które pozwalają uzyskać kwalifikacje psychologiczne w sposób nadmiernie uproszczony, odpowiedzią powinno być pytanie o standard kształcenia, akredytację, minimalny zakres programu, praktyki, wymagania wobec kadry i sposób weryfikowania kompetencji absolwenta. Można również zastanawiać się, czy samo posługiwanie się nazwą kierunku powinno wystarczać, jeśli program znacząco odbiega od przyjętych standardów.

Znacznie trudniej uzasadnić przejście od tej obserwacji do zdania: skoro można źle studiować psychologię, psychologia nie jest potrzebna psychoterapeucie.

Ten rodzaj argumentacji pojawia się zresztą również w innych wersjach.

Czasami słyszymy, że dobry psychoterapeuta potrzebuje przede wszystkim doświadczenia życiowego. Albo dojrzałości. Albo empatii. Albo własnej terapii. Albo określonych predyspozycji osobowościowych. Wszystkie te elementy mogą mieć znaczenie. Doświadczenie życiowe może zwiększać zdolność rozumienia niektórych sytuacji. Dojrzałość emocjonalna jest niewątpliwie cenna. Empatia ma ogromne znaczenie dla relacji terapeutycznej. Własna terapia może pomagać w rozpoznawaniu własnych reakcji i ograniczeń.

Żaden z tych elementów nie zastępuje jednak wiedzy.

To rozróżnienie wydaje mi się ważne szczególnie w zawodach, w których pracujemy z drugim człowiekiem w sytuacji nierównowagi kompetencji. Pacjent przychodzi do terapeuty właśnie dlatego, że zakłada, iż osoba po drugiej stronie posiada wiedzę, której on sam posiadać nie musi. Osobiste doświadczenie depresji może zwiększyć wrażliwość na cierpienie osoby z depresją, ale nie daje jeszcze wiedzy o jej diagnostyce, przebiegu, różnicowaniu czy czynnikach ryzyka. Własne doświadczenie traumy nie staje się automatycznie przygotowaniem do leczenia PTSD. Bycie rodzicem nie czyni psychologiem dziecięcym, podobnie jak przejście przez rozwód nie daje kwalifikacji do prowadzenia terapii par.

Doświadczenie może wzbogacać warsztat. Nie powinno być mylone z warsztatem.

Jeszcze bardziej problematyczny wydaje mi się argument, który od lat wraca w różnych rozmowach o psychologii: że na psychologię idą przede wszystkim ludzie, którzy próbują rozwiązać własne problemy.

Jest to zdanie powtarzane tak często, że zaczęło funkcjonować jak wiedza potoczna. Tyle że wiedza potoczna nadal pozostaje wiedzą potoczną.

Jeżeli chcielibyśmy potraktować tę tezę poważnie, należałoby najpierw ustalić, co właściwie oznacza „mieć problemy”. Czy chodzi o rozpoznanie zaburzenia psychicznego? Korzystanie z psychoterapii? Wyższy poziom lęku lub depresyjności? Trudności w relacjach? Doświadczenie kryzysu? Motywację do wyboru studiów związaną z własną historią?

Dopiero później trzeba byłoby porównać studentów psychologii z odpowiednio dobranymi grupami studentów innych kierunków.

Być może okazałoby się, że osoby wybierające psychologię częściej interesują się własnym funkcjonowaniem psychicznym. Być może częściej korzystają z terapii. Być może rzeczywiście pewne doświadczenia życiowe wpływają na decyzję o wyborze tego kierunku. Wszystko to jest możliwe.

Ale bez odpowiednich danych nie sposób uczciwie przejść od „możliwe” do „tak jest”.

Co więcej, należałoby również odpowiedzieć na pytanie, dlaczego własne doświadczenie problemów psychicznych miałoby być automatycznie argumentem przeciwko kompetencjom zawodowym.

Lekarz może chorować. Fizjoterapeuta może mieć za sobą poważną kontuzję. Dietetyk może mieć własną historię trudnej relacji z jedzeniem. Prawnik może pochodzić z rodziny, w której występowały konflikty prawne. Sam fakt, że osobista historia wpływa na wybór zawodu, nie przesądza ani o jakości późniejszego przygotowania, ani o zdolności do wykonywania pracy.

W przypadku psychologii problematyczne jest dodatkowo to, że argument o „ludziach idących na psychologię z własnymi problemami” bywa używany w sposób niemal dyskredytujący. Jakby zainteresowanie własną psychiką stanowiło dowód mniejszej wiarygodności zawodowej.

Tymczasem znacznie bardziej interesujące byłoby pytanie, czy przyszły specjalista potrafi oddzielać własne doświadczenie od doświadczenia pacjenta. Czy umie rozpoznawać własne reakcje. Czy korzysta z superwizji. Czy potrafi przyjąć, że jego własna historia nie jest uniwersalnym modelem ludzkiego funkcjonowania.

To są pytania o profesjonalizm. Sam życiorys nie daje na nie odpowiedzi.

Podobnie działa argument, że skoro nie każdy absolwent dobrej uczelni jest dobrym psychologiem, to dyplom psychologa niewiele znaczy.

Oczywiście, że nie każdy.

Wykształcenie zawodowe rzadko działa w taki sposób, że samo ukończenie określonych studiów gwarantuje wysoką jakość praktyki. Można mieć świetne wykształcenie i być przeciętnym klinicystą. Można znakomicie znać teorię i nie potrafić nawiązać relacji z pacjentem. Można zdać wszystkie egzaminy i mieć niewielką zdolność do autorefleksji.

Ale znowu: z tego nie wynika, że formalne kształcenie jest bez znaczenia.

Dyplom jest raczej informacją o tym, że człowiek przeszedł przez określony zakres edukacji. Sam w sobie nie opisuje wszystkich jego kompetencji, ale powinien wyznaczać pewne minimum wspólnej wiedzy.

I właśnie dlatego rozmowa o regulacji psychoterapii powinna być prowadzona ostrożniej niż poprzez licytowanie się przykładami.

„Znam psychologa po świetnej uczelni, który jest fatalnym terapeutą”.

„Znam osobę bez psychologii, która jest genialnym terapeutą”.

„Znam kogoś po słabej uczelni, kto ma dyplom psychologa”.

Wszystkie trzy zdania mogą być prawdziwe. Żadne z nich nie rozstrzyga jednak, jak powinien wyglądać system kształcenia całej grupy zawodowej.

Prawo nie może być projektowane na podstawie najbardziej spektakularnych anegdot. Powinno określać taki poziom przygotowania, który zwiększa prawdopodobieństwo bezpiecznej i kompetentnej praktyki w skali całego zawodu.

A tutaj zaczynają się pytania znacznie mniej efektowne, ale dużo ważniejsze.

Jakiej wiedzy potrzebuje każdy psychoterapeuta bez względu na nurt? Jak wiele powinien wiedzieć o rozwoju człowieka? Jak dobrze powinien znać psychopatologię? Czy powinien rozumieć podstawy neuropsychologii? Czy powinien potrafić czytać badania naukowe? Jakie powinien mieć przygotowanie z diagnozy? Jak dużo praktyki klinicznej powinien odbyć przed rozpoczęciem samodzielnej pracy? Kto powinien oceniać jego kompetencje? Jak powinien wyglądać nadzór nad wykonywaniem zawodu?

Te pytania są znacznie trudniejsze niż stwierdzenie, że gdzieś istnieje słaba uczelnia albo że ktoś kiedyś spotkał niedobrego psychologa.

Mam też wrażenie, że w części tej debaty pojawia się charakterystyczne przesunięcie. Zamiast pytać, jaki model zapewnia pacjentowi możliwie wysokie bezpieczeństwo, zaczynamy szukać słabości każdej propozycji i na tej podstawie dowodzić, że skoro żadna ścieżka nie jest doskonała, wszystkie są w gruncie rzeczy równoważne.

A przecież system edukacji zawodowej nie musi być doskonały, żeby mieć znaczenie.

Pięć lat psychologii nie gwarantuje dobrego psychoterapeuty. Czteroletnia szkoła psychoterapii również go nie gwarantuje. Setki godzin superwizji także nie dają stuprocentowej pewności. To samo można powiedzieć o praktykach klinicznych, własnej terapii i egzaminach.

Sens standardów zawodowych polega na czymś bardziej przyziemnym: każde kolejne wymaganie ma zwiększać prawdopodobieństwo, że osoba dopuszczona do samodzielnej pracy posiada określone kompetencje.

Dlatego dyskusja o jakości współczesnych studiów psychologicznych jest potrzebna. Sama chętnie widziałabym w niej znacznie więcej rozmowy o rzeczywistych standardach kształcenia, różnicach pomiędzy programami uczelni i tym, co powinien umieć absolwent psychologii.

Nie przekonuje mnie natomiast używanie najsłabszych przykładów jako argumentu za obniżeniem znaczenia całej dyscypliny.

Jeżeli mamy problem z jakością wykształcenia psychologów, warto poprawiać jakość wykształcenia psychologów.

Jeżeli mamy problem z przygotowaniem psychoterapeutów, warto precyzyjnie określić przygotowanie psychoterapeutów.

A jeśli pewnego dnia chcielibyśmy naprawdę sprawdzić, czy studenci psychologii częściej niż studenci informatyki, medycyny, prawa albo filologii wybierają studia pod wpływem własnych trudności psychicznych, wtedy potrzebujemy badań.

Do tego czasu jest to ciekawa hipoteza. Nie argument, na którym rozsądnie byłoby budować prawo.

Interes szkół psychoterapii a kształt przyszłych regulacji

W sporze o regulację psychoterapii stosunkowo rzadko mówi się wprost o pieniądzach. Znacznie częściej używa się języka jakości, autonomii zawodu, dostępności kształcenia, tradycji poszczególnych nurtów i ochrony pacjentów. Wszystkie te kwestie są ważne. Jednocześnie trudno pominąć fakt, że wokół psychoterapii istnieje również bardzo konkretny rynek edukacyjny.

Szkoły psychoterapii funkcjonują jako instytucje szkoleniowe, ale także jako podmioty ekonomiczne. Rekrutują kolejne roczniki, pobierają czesne, organizują staże, seminaria, superwizje, warsztaty i egzaminy. W wielu przypadkach wokół samego szkolenia podstawowego powstaje jeszcze rozbudowana oferta dalszego kształcenia. To nie jest zarzut. Edukacja kosztuje. Kadra kosztuje. Organizacja kilkuletniego szkolenia również kosztuje. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy interes ekonomiczny instytucji zostaje całkowicie wyłączony z analizy systemu, jak gdyby nie miał żadnego znaczenia dla stanowisk zajmowanych w debacie publicznej.

Moim zdaniem ma znaczenie.

Jeżeli dostęp do szkolenia psychoterapeutycznego pozostaje szeroki, szkoła może rekrutować kandydatów z bardzo wielu kierunków studiów. Im szerszy katalog dopuszczalnych profesji, tym większa pula potencjalnych uczestników. To jest rozwiązanie korzystne dla instytucji szkoleniowych także z czysto ekonomicznego punktu widzenia.

Gdyby natomiast ustawodawca zdecydował, że przed rozpoczęciem kształcenia psychoterapeutycznego konieczne jest ukończenie określonego kierunku, na przykład psychologii, medycyny albo innego ściśle wskazanego kierunku związanego ze zdrowiem psychicznym, liczba potencjalnych kandydatów automatycznie by się zmniejszyła. Dla części szkół oznaczałoby to mniejsze nabory, mniejszą liczbę grup szkoleniowych i w konsekwencji niższe przychody.

To bardzo prosta zależność i nie widzę powodu, żeby udawać, że jej nie ma.

Oczywiście z samego faktu istnienia interesu finansowego nie wynika jeszcze, że argumenty szkół są nieważne albo że ich przedstawiciele działają wyłącznie z pobudek ekonomicznych. Takie uproszczenie byłoby równie nieuczciwe jak ignorowanie strony finansowej całego systemu. Instytucja może jednocześnie dbać o standardy kształcenia, reprezentować określoną tradycję psychoterapeutyczną i mieć interes w utrzymaniu szerokiego dostępu do swojej oferty.

Te rzeczy mogą istnieć równocześnie.

Dlatego w dyskusji o przyszłym modelu psychoterapii dobrze byłoby oddzielić pytanie o interes pacjenta od pytania o interes instytucji szkolących.

Nie zawsze muszą być ze sobą sprzeczne. Nie zawsze też muszą być tożsame.

Sama bardzo dobrze pamiętam, ile kosztowała mnie moja szkoła psychoterapii. Mówię tu dosłownie o pieniądzach, nie tylko o czasie i wysiłku. Była to dla mnie wtedy bardzo duża kwota. Żeby ją regularnie opłacać, musiałam więcej pracować. Dzisiaj patrzę na tamten okres z innej perspektywy finansowej, ale wtedy koszt szkolenia realnie wpływał na moje życie i organizację pracy.

Nie piszę tego jako pretensji do szkoły. Wiedziałam, na jakie szkolenie się zapisuję i świadomie podjęłam tę decyzję. Warto jednak pamiętać, że w obecnym modelu ciężar finansowania kształcenia psychoterapeuty spoczywa w bardzo dużym stopniu na samym kandydacie.

Jeżeli ktoś przez cztery lata płaci czesne, finansuje część superwizji, często także terapię własną, dojazdy, noclegi, staże i dodatkowe szkolenia, całkowity koszt uzyskania kompetencji psychoterapeutycznych może być naprawdę wysoki.

To również wpływa na strukturę zawodu.

Próg wejścia do psychoterapii nie jest wyłącznie progiem edukacyjnym. Jest także progiem ekonomicznym.

W pewnym sensie można więc powiedzieć, że obecny model selekcjonuje kandydatów również poprzez możliwość finansowania wieloletniej edukacji. Nie zawsze najbardziej utalentowana czy najlepiej przygotowana osoba będzie miała możliwość rozpoczęcia szkolenia w wybranym ośrodku. Czasami będzie ją miała po prostu osoba, która może sobie na to pozwolić.

To z kolei prowadzi do ciekawego pytania o model specjalizacyjny.

Gdyby psychoterapia została w większym stopniu włączona do systemu specjalizacji zawodowych, analogicznie do niektórych ścieżek obecnych w medycynie czy psychologii klinicznej, zmieniłby się nie tylko sposób rekrutacji do zawodu. Zmieniłby się również sposób finansowania kształcenia.

Nie musi to oznaczać całkowitego finansowania przez państwo. Możliwych modeli jest wiele. Część szkolenia mogłaby być finansowana publicznie, część przez pracodawcę, część przez samego uczestnika. Można byłoby również tworzyć miejsca specjalizacyjne, podobnie jak dzieje się to w innych zawodach ochrony zdrowia.

Dla osoby szkolącej się byłaby to zasadnicza zmiana.

Dla części prywatnych ośrodków szkoleniowych również.

Jeżeli psychoterapia stałaby się specjalizacją opartą na określonych programach państwowych lub akredytowanych ścieżkach zawodowych, dotychczasowe szkoły mogłyby stracić część swojej obecnej pozycji. Niektóre zapewne przystosowałyby się do nowego systemu i zostałyby ośrodkami akredytowanymi. Inne być może musiałyby ograniczyć działalność albo całkowicie zmienić model biznesowy.

Tutaj właśnie pojawia się możliwy konflikt interesów.

Instytucje, które przez lata zbudowały rozpoznawalność, strukturę szkoleniową i stabilny model finansowania, mają naturalny interes w tym, aby regulacja nie zmieniła zasad funkcjonowania rynku w sposób radykalny.

Ponownie: nie oznacza to automatycznie złej wiary.

Byłoby jednak naiwne zakładać, że pieniądze nie mają żadnego wpływu na debatę dotyczącą zawodu, w którym samo kształcenie generuje znaczące przychody.

Warto też spojrzeć na jeszcze jeden aspekt. Im bardziej psychoterapia jest rozumiana jako odrębny zawód, tym większe znaczenie mają podmioty, które definiują standardy szkolenia psychoterapeutycznego. Szkoły, towarzystwa i organizacje branżowe stają się wtedy ważnymi strażnikami dostępu do profesji.

Jeżeli natomiast psychoterapia zostałaby wpisana w model specjalizacyjny po wcześniejszym kierunku bazowym, część tej funkcji przejęłyby uczelnie, państwowe systemy akredytacji albo instytucje ochrony zdrowia.

To nie jest wyłącznie spór o nazwę zawodu.

To także spór o to, kto będzie kontrolował proces kształcenia.

Kto będzie określał program.

Kto będzie dopuszczał do szkolenia.

Kto będzie nadawał kwalifikacje.

I wreszcie: kto będzie otrzymywał pieniądze za cały ten proces.

W debacie publicznej rzadko zadaje się ostatnie z tych pytań, chociaż w praktyce może ono mieć bardzo duże znaczenie.

Nie oznacza to oczywiście, że model specjalizacyjny automatycznie byłby lepszy. System państwowy także może być niewydolny, nadmiernie biurokratyczny, niedofinansowany i wolno reagujący na rozwój wiedzy. Prywatne szkoły często mają ogromne doświadczenie, znakomitą kadrę i potrafią tworzyć programy znacznie bardziej elastyczne niż instytucje publiczne.

Mogą też pielęgnować konkretne tradycje psychoterapeutyczne, których nie sposób łatwo sprowadzić do jednego zunifikowanego programu.

To są poważne argumenty na rzecz zachowania ich roli.

Tyle że zachowanie roli nie musi oznaczać zachowania dokładnie takiej samej pozycji ekonomicznej i regulacyjnej jak dotychczas.

Być może przyszły system powinien właśnie wymuszać większą przejrzystość. Jasno określone standardy szkolenia, transparentne koszty, czytelne zasady akredytacji, określony minimalny poziom wykształcenia bazowego i niezależną kontrolę jakości.

W takim modelu szkoły nadal mogłyby istnieć. Nadal mogłyby szkolić. Nadal mogłyby rozwijać własne tradycje. Ich działalność byłaby jednak bardziej osadzona w jednym, jasno opisanym systemie kwalifikacji.

Dla mnie szczególnie istotne jest tutaj to, żeby nie mylić interesu instytucji z interesem zawodu.

Instytucja może być bardzo zasłużona dla rozwoju psychoterapii i jednocześnie mieć interes finansowy w utrzymaniu konkretnego modelu szkolenia.

Towarzystwo może rzeczywiście dbać o standardy i jednocześnie chronić pozycję własnego środowiska.

Szkoła może mieć znakomity program i jednocześnie nie być zachwycona regulacją, która ograniczy liczbę kandydatów.

To nie są oskarżenia. To zwyczajne mechanizmy obecne w każdym środowisku zawodowym.

Dlatego im większe pieniądze znajdują się wokół systemu kształcenia, tym większa powinna być przejrzystość debaty.

Warto pytać, kto przedstawia dany argument.

Jaką instytucję reprezentuje.

Jak zmiana przepisów wpłynęłaby na tę instytucję.

Czy jej stanowisko ma wyłącznie charakter merytoryczny, czy również organizacyjny i ekonomiczny.

Dopiero wtedy można uczciwie ocenić, jakie interesy spotykają się przy jednym stole.

I chyba właśnie w tym miejscu wracam do własnego doświadczenia. Sama zapłaciłam bardzo dużo za wykształcenie psychoterapeutyczne. Wiem, jak wartościowe było dla mnie to szkolenie. Nie mam potrzeby deprecjonowania szkół psychoterapii ani ich dorobku.

Jednocześnie fakt, że sama funkcjonowałam w konkretnym systemie, nie oznacza, że ten system powinien zostać zachowany bez zmian.

Możliwe, że da się go zrobić lepiej.

Bardziej przejrzyście.

Być może taniej dla osób szkolących się.

Być może z mocniej określonym wykształceniem bazowym.

Być może także z większym udziałem instytucji publicznych w finansowaniu kształcenia.

Jeżeli psychoterapia rzeczywiście ma być zawodem regulowanym w interesie pacjentów, wtedy interes ekonomiczny środowiska szkoleniowego powinien być jednym z elementów analizy, a nie tematem, którego z grzeczności nie poruszamy.

Dobro pacjenta i interes tych, którzy kształcą psychoterapeutów

W dyskusji o regulacji psychoterapii wyjątkowo często pojawia się pojęcie dobra pacjenta. Właściwie trudno znaleźć stanowisko, które nie odwoływałoby się do bezpieczeństwa osób korzystających z psychoterapii. Zwolennicy szerokiego dostępu do zawodu mówią o dobru pacjenta. Zwolennicy ograniczenia go do określonych grup zawodowych również. Organizacje psychoterapeutyczne, psychologowie, przedstawiciele poszczególnych nurtów i ośrodków szkoleniowych posługują się bardzo podobnym językiem.

Nie mam powodu zakładać, że te deklaracje są nieszczere. Myślę jednak, że warto przyjrzeć się również temu, co znajduje się obok nich. Psychoterapia jest działalnością pomocową i kliniczną, ale wokół niej funkcjonuje również całkiem duży rynek edukacyjny. Szkolenie przyszłych psychoterapeutów kosztuje. I kosztuje dużo.

Wiem to także z własnego doświadczenia.

Za swoje całościowe, czteroletnie szkolenie psychoterapeutyczne zapłaciłam bardzo dużą kwotę. Dzisiaj mogę patrzeć na tamten wydatek z perspektywy kolejnych lat pracy, ale w okresie szkolenia był to dla mnie naprawdę poważny koszt. Żeby finansować edukację, musiałam więcej pracować. Do samego czesnego dochodziły kolejne wydatki związane z kształceniem, praktykami, superwizją i innymi wymaganiami. To zresztą osobny temat, zasługujący na oddzielną rozmowę o ekonomicznych barierach wejścia do zawodów pomocowych.

Tutaj interesuje mnie coś innego. Pieniądze, które ja i tysiące innych osób przeznaczamy na kształcenie, po drugiej stronie stanowią czyjś przychód.

Nie ma w tym nic nagannego. Ośrodek szkoleniowy ponosi koszty. Zatrudnia wykładowców, terapeutów i superwizorów, organizuje zajęcia, administrację i praktyczną część kształcenia. Wiedza i praca specjalistów mają swoją wartość i powinny być wynagradzane. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy w debacie o kształcie całego zawodu zapominamy, że instytucje uczestniczące w tej debacie mogą być jednocześnie podmiotami ekonomicznie zainteresowanymi konkretnym rozwiązaniem.

Wyobraźmy sobie model, w którym dostęp do szkolenia psychoterapeutycznego zostaje ograniczony do absolwentów kilku ściśle określonych kierunków. Liczba potencjalnych kandydatów automatycznie się zmniejsza. Dla części szkół oznaczałoby to mniejszą liczbę osób mogących rozpocząć szkolenie, a więc również mniejsze wpływy z czesnego. Jeżeli natomiast psychoterapia zostałaby w przyszłości w większym stopniu włączona do publicznego albo akademickiego systemu kształcenia specjalizacyjnego, analogicznie do niektórych innych zawodów medycznych i klinicznych, konsekwencje dla obecnego rynku szkoleń mogłyby być jeszcze większe.

Nie przesądza to oczywiście, że właśnie taki model byłby najlepszy. Pokazuje natomiast, że spór o psychoterapię ma również wymiar ekonomiczny. Chyba warto nazywać go wprost.

Jeżeli jakaś organizacja opowiada się za szerokim katalogiem kierunków umożliwiających rozpoczęcie szkolenia psychoterapeutycznego, jej argumenty mogą być bardzo dobre. Być może rzeczywiście uważa, że wcześniejsze wykształcenie ma mniejsze znaczenie niż jakość późniejszego, wieloletniego szkolenia. Być może opiera swoje stanowisko na doświadczeniu świetnych terapeutów, którzy przyszli do zawodu spoza psychologii i medycyny. To wszystko zasługuje na poważne potraktowanie.

Jednocześnie szeroki katalog osób uprawnionych do rozpoczęcia szkolenia oznacza większą grupę potencjalnych klientów szkół psychoterapii.

Obie rzeczy mogą być prawdziwe jednocześnie.

Właśnie dlatego nie odpowiada mi sprowadzanie tej rozmowy do deklaracji, że określone rozwiązanie służy „dobru pacjenta”. To pojęcie stało się w debacie niemal obowiązkową formułą. Im częściej jest używane, tym bardziej chciałabym wiedzieć, co konkretnie się pod nim znajduje.

Dobro pacjenta nie jest przecież abstrakcyjnym hasłem.

Jeżeli naprawdę chcemy się na nie powoływać, powinniśmy potrafić powiedzieć, w jaki sposób konkretne rozwiązanie zwiększy bezpieczeństwo osoby korzystającej z psychoterapii. Czy zmniejszy ryzyko nierozpoznania poważnego zaburzenia? Czy poprawi przygotowanie terapeutów do oceny ryzyka samobójczego? Czy zapewni lepszą znajomość psychopatologii? Czy stworzy skuteczniejszy system odpowiedzialności zawodowej? Czy pacjent będzie wiedział, jakie wykształcenie ma jego terapeuta i gdzie może złożyć skargę? Czy istnieje mechanizm pozwalający reagować wtedy, gdy terapeuta przekracza granice albo prowadzi terapię poza zakresem swoich kompetencji?

To są dla mnie znacznie bardziej konkretne przejawy troski o pacjenta niż samo powtarzanie jego dobra jako uzasadnienia własnego stanowiska.

Zresztą dobro pacjenta można wykorzystać do obrony niemal przeciwstawnych rozwiązań.

Można powiedzieć, że dla dobra pacjentów zawód powinien być szeroko dostępny, ponieważ Polska potrzebuje dużej liczby psychoterapeutów, a nadmierne ograniczenie ścieżek wejścia zmniejszy dostępność pomocy.

Można odpowiedzieć, że właśnie dla dobra pacjentów liczba osób wykonujących zawód jest mniej istotna niż ich przygotowanie, a ktoś powierzający terapeucie swoje zdrowie psychiczne powinien mieć pewność, że specjalista posiada odpowiednio szeroką wiedzę bazową.

Można argumentować, że dla dobra pacjenta należy zachować różnorodność zawodową psychoterapeutów.

Można też twierdzić, że dobro pacjenta wymaga jasnej i przewidywalnej ścieżki kształcenia, dzięki której wiadomo, jakie minimalne kompetencje posiada każda osoba używająca tytułu psychoterapeuty.

Każde z tych zdań brzmi rozsądnie. Samo odwołanie do dobra pacjenta nie rozstrzyga więc właściwie niczego. Trzeba jeszcze pokazać mechanizm, dane, standard albo przynajmniej logiczny związek między proponowanym rozwiązaniem a bezpieczeństwem osoby poddającej się terapii.

Jest jeszcze jedna kwestia, która wydaje mi się szczególnie ciekawa. Gdyby psychoterapia została potraktowana jako ścieżka specjalizacyjna dostępna po określonym wykształceniu bazowym, zmieniłaby się nie tylko odpowiedź na pytanie, kto może zostać psychoterapeutą. Mogłaby zmienić się cała architektura kształcenia.

Dzisiaj osoba chcąca zostać psychoterapeutą może przeznaczać znaczną część swoich dochodów na kilkuletnią edukację prowadzoną przez prywatny ośrodek. Jeżeli kształcenie psychoterapeutów zostałoby w przyszłości mocniej powiązane z systemem specjalizacji, uczelniami, placówkami klinicznymi czy finansowaniem publicznym, pozycja obecnych szkół musiałaby ulec zmianie. Część mogłaby znaleźć swoje miejsce w nowym systemie. Część zapewne musiałaby zmienić sposób działania. Dla niektórych oznaczałoby to utratę części rynku.

To jest realny interes ekonomiczny i nie widzę powodu, żeby traktować samo jego zauważenie jako zarzut.

Konflikt interesów nie oznacza przecież automatycznie złej wiary. Człowiek może szczerze wierzyć w rozwiązanie, które jednocześnie jest dla niego korzystne. Organizacja może autentycznie uważać swój model kształcenia za najlepszy dla pacjentów i jednocześnie czerpać z tego modelu znaczące przychody. Jedno nie unieważnia drugiego. Powinno natomiast skłaniać do większej przejrzystości.

Takiej samej uczciwości oczekiwałabym zresztą od własnego środowiska.

Psychologowie opowiadający się za silniejszym powiązaniem psychoterapii z psychologią również mają interes zawodowy. Ograniczenie dostępu do zawodu albo uprzywilejowanie określonego wykształcenia bazowego zwiększa znaczenie dyplomu psychologa. Może wpływać na prestiż zawodu, rynek pracy i pozycję psychologów wobec innych grup. Nie byłoby uczciwe analizowanie interesów ekonomicznych szkół psychoterapii przy jednoczesnym założeniu, że własne środowisko zawodowe pozostaje od nich całkowicie wolne.

Dotyczy to również i mnie.

Jestem psychologiem i psychoterapeutą. Zainwestowałam wiele lat i znaczące środki w obie części swojego wykształcenia. Jeżeli uważam, że psychologia stanowi wartościową bazę dla psychoterapii, moje stanowisko jest jednocześnie stanowiskiem osoby, której własna droga zawodowa dobrze wpisuje się w taki model. Mogę mieć rację, ale moja biografia nie jest dowodem, że mam rację.

Właśnie dlatego chciałabym, żeby w dyskusji o przyszłej regulacji psychoterapii było trochę mniej deklarowania, kto bardziej troszczy się o pacjentów, a trochę więcej jawnego nazywania interesów wszystkich stron.

Interesu szkół, które szkolą.

Interesu organizacji, które certyfikują.

Interesu psychologów.

Interesu lekarzy.

Interesu obecnych psychoterapeutów.

Interesu osób, które dopiero chcą wejść do zawodu.

A dopiero później można wrócić do interesu osoby, której w tym całym sporze najłatwiej użyczyć głosu, choć ona sama zwykle przy stole nie siedzi.

Mam tutaj na myśli Pacjenta.

Jeżeli rzeczywiście jego dobro ma być punktem odniesienia dla przyszłego prawa, warto potraktować je bardziej wymagająco niż jako argument retoryczny. Wtedy pytanie przestaje brzmieć: które środowisko wygra spór o psychoterapię?

Znacznie ważniejsze staje się inne: jaki system kształcenia i kontroli zawodu daje pacjentowi największe prawdopodobieństwo, że człowiek, któremu powierza własną psychikę, rzeczywiście jest przygotowany, by przyjąć za nią zawodową odpowiedzialność?

Skomentuj